Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spotkania autorskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spotkania autorskie. Pokaż wszystkie posty

28 października 2013

Ludzie lubią być okłamywani - recenzja TIFF 2013

aut. materiały promocyjne organizatora festiwalu *[a]

W trudnym momencie dla fotografii, kiedy cyfryzacja ściąga to medium bardzo silnym prądem w kierunku grafiki, trzecia edycja wrocławskiego festiwalu odbyła się pod hasłem oszustwa w fotografii. – Temat mockumentu i okłamywania jest, wydaje mi się, dzisiaj mocno popularny. (..) Ludzie po prostu lubią być okłamywani. Nawet jeżeli mają świadomość, że są okłamywani, to lubią, kiedy artysta wchodzi z nimi w grę – mówił dyrektor festiwalu, Maciej Bujko.


////
Artykuł został opublikowany na łamach magazynu "Reflektor".
////

Trudno się nie zgodzić – ryzykowny, ale potrzebny temat „Real Fake Photography” dał okazję do zbliżenia się amatorom medium do współczesnej problematyki, ale także, dzięki różnorodności interpretacji hasła, przypomniał odbiorcy o fundamentalnych dla fotografii pytaniach. Spór o istnienie obiektywnych obrazów fotograficznych prawdopodobnie na zawsze pozostanie nierozstrzygniętym, ale ta edycja festiwalu wiele mówi o sposobach kreacji subiektywności i o tym, jak wrażliwy jest na nią ten, uważany u swego zarania za transparentny, środek wyrazu. Zdjęcia takich klasyków, jak Edward Burtynsky zebrane w albumie „Manufactured Landscapes” [1] są najlepszym dowodem na to,że rzeczy złe etycznie i estetycznie mogą na obrazie jawić się jako piękne.  Zabieg wydobycia wysokich walorów estetycznych z kadrów, na pozór, brzydkich liczy sobie jednak już dobre kilkadziesiąt lat i jest dziś popularny do tego stopnia, że fotografowanie naturalnego piękna ociera się o banał i niewielu twórców podejmuje się tak ryzykownej tematyki w swojej kreacji i wychodzi na tym dobrze. Fotografia weszła już na wyższy stopień manipulacji percepcją odbiorcy i właśnie tego dowody możemy zobaczyć w projektach programu głównego i debiutów Trochę Innego Festiwalu Fotografii.

Wiele poziomów kłamstwa

Najgłośniejszym nazwiskiem w tym roku była Cristina de Middel – Hiszpanka, której niebywały projekt „Afronauts” przykuł już wcześniej uwagę takich tytułów, jak „The Guardian”[2]. Fotografka reprezentowała na festiwalu nurt tej najbardziej miękkiej manipulacji – odwołując się do autentycznych (aczkolwiek nieznanych szerszej publice) planów z przeszłości, które nie zostały nigdy przekute w czyny, przeniosła je na zdjęcia za pomocą grania kadrem, barwą, scenografią. Łatwo zorientować się, że fotografie to tylko żart, a ich celem jest przede wszystkim dowiedzenie abstrakcyjności wspomnianych rozważań teoretycznych sprzed kilkudziesięciu lat. De Middel nadała jednak na chwilę realnego wymiaru czemuś nigdy nieistniejącemu. 

Oszustwo na innym poziomie przeprowadził Michał Matejko, który zaprezentował najwyższe umiejętności ze wszystkich twórców, grając praktycznie samym kontekstem tematycznym. Projekt „Obcy”, w dużym stopniu zbieżny z serią „UFO” Szymona Rogińskiego, wykazuje jak z pomocą sugestii trafiającej do podświadomości można kreować treść fotografii. Zdjęcia polany, kamienia, obłoków, oczywiście odpowiednio wyreżyserowane, wywołują skojarzenia z pozaziemskimi obiektami i zjawiskami, ale tylko pod warunkiem, że przed wejściem na salę wystawową przeczytasz, że tego te zdjęcia mają dotyczyć. Wynosząc którykolwiek z tych obrazów z galerii usuniemy natychmiast ich kluczową warstwę znaczeniową, a to, co zostanie, to przeciętne portrety, pejzaże i martwa natura. W podobnym tonie zachowana jest seria „Pareidolia” pary fotografów z sekcji debiutów: Adriana Lacha i Kacpra Stolorza. Zajęli się oni dawną sprawą zwierząt ginących masowo w niewyjaśnionych okolicznościach w Beskidach. Za pomocą kontekstu wielu swoim przezroczystym treściowo zdjęciom nadali nowy sens. Poza ramy fotografii wyszli używając intensywnie migającej animacji dwuklatkowej i nagrań dźwiękowych emitowanych w sali ekspozycji. Fenomenalnie nadawał się do tych treści budynek Muzeum Współczesnego we Wrocławiu. Dawny bunkier – zimny w wystroju i miejscami niedoświetlony - został wręcz stworzony do prezentacji takich prac.

Debiuty tej edycji festiwalu w ogóle zamknęły się w ramach fotografii zmuszającej do pochylenia się nad niewygodnymi pytaniami autotelicznymi, jak na przykład czym jest sztuka fotografii i gdzie są jej granice?  Pomiędzy „Opis Gęstym” Katarzyny Zolich, który zaprezentowała w CK Agora, a pracami Matejki czy de Middel jest już bowiem kategorialna przepaść. Ten „debiutancki” projekt powstały we współpracy z rzeźbiarzem Piotrem Wawrem miał w teorii odwoływać się do kwestii intuicyjnego poszukiwania pochodzenia przedmiotu. Na ścianach zawisły przeróżne prace – estetyczne, nieestetyczne, nietechniczne, zdjęcia rzeźb, ludzi, krajobrazu, zdjęcia na zdjęciu, wszystko i nic. Na środku sali stanęła rzeźba. Wystawa fotograficzna, ale nie do końca. Raczej performens o fotografii – o umysłowym procesie tworzenia zdjęć, obrazów i wyznaczaniu pytań i granic wokół medium. – Po pierwsze trzeba zachwiać swoje poczucie rzeczywistości i celowości. W momencie kiedy wchodzi się na wystawę i najpierw można zobaczyć obiekt, który nie wiadomo do czego służy i jest skonstruowany w jakiś dziwny sposób, ale przypomina nam różne rzeczy, myślę, że w takim sam sposób jak do tego obiektu można odnieść się też do tych zdjęć, czyli uruchomić trochę wyobraźnię, wyjść z takiej swojej strefy komfortu no i poczuć coś innego. Próbować wczuć się w jakąś inną sytuację. Jest to real fake, coś, co jest stworzone specjalne na festiwal i w kontekście tego festiwalu i jest to też zaproszenie do tworzenia tej historii, która jest historią fikcyjną, ale jest historią każdego z nas. Myślę, że każdy mógłby się odnaleźć w którymś ze zdjęć albo każdy jest w stanie sobie taką sytuację przypomnieć i złączyć ją ze swoim wspomnieniem czy swoją osobistą historią – mówi Zolich.  Nie sposób uniknąć pytania, czy po tej stronie przepaści nadal leży terytorium fotografii, a jeśli tak, to czego może ona od nas chcieć?

Jakkolwiek byśmy tego nie rozstrzygnęli, całościowo poziom debiutów niestety rozczarował – wymyślne formuły, w jakich stworzono poszczególne projekty, mocno kontrastowały z niskim poziomem samych fotografii. Brakowało im kunsztu – kreatywności i dbałości od strony technicznej. Można było odczuć brak fotografii w fotografii i o ile u części z autorów można podejrzewać zamierzone – choć niekoniecznie zasadne - działanie w kierunku powstania takich zdjęć, to przy innych trudno oprzeć się wrażeniu nieudolności, której nie obroni nawet tematyka festiwalowa.

Granice fotografii wśród autorów definitywnie przekroczono jednak nie w sekcji debiutów, a w programie głównym. Andreas Schmidt i Paweł Fabjański skupili całą swoją uwagę na procesie powstawania zdjęcia i grze z odbiorcą. Były to dwa projekty najsilniej ciążące ku elementowi fake, bez absolutnie żadnej wartości estetycznej. Szczególnie osobliwa była działalność Niemca, którego jedynym wkładem w powstanie ostatecznego produktu było sfotografowanie innych, już istniejących zdjęć autorstwa Michaela Wolfa z serii „Real Fake Art” (którym inspirowali się zresztą organizatorzy festiwalu). Te posłużyły z kolei tylko za makietę do fotomontażu wykonanego przez kogoś innego. To niesamowite zagranie, które musi wywoływać skojarzenia, ponieważ nie kto inny, jak Michael Wolf jest zdobywcą kontrowersyjnego wyróżnienia w World Press Photo za zdjęcia zdjęć z serwisu Google Street View. Niewykluczone, że właśnie o takie skojarzenia chodziło, zwłaszcza, że Schmidt swój performens nazwał „Fake Fake Art”. To bardzo jaskrawe podobieństwo w formie i treści.

To nie ostatnie słowo

Sama perspektywa festiwalowa na polu fotografii w historycznej stolicy Śląska ciągle rysuje się optymistycznie. Frekwencja w dniu otwarcia dopisała, ale to nadal młoda impreza w trakcie intensywnego procesu kształtowania – Zawsze dążyliśmy do tego, żeby ten festiwal ewoluował, zmieniał swoje formuły i nie poprzestaniemy na tym. W tym roku zaryzykowaliśmy tematem, w zeszłym roku mieliśmy formułę „Konstrukcja w procesie”, pierwszą edycję festiwalu rozłożyliśmy na kilka miesięcy po to żeby pobudzić życie fotograficzne we Wrocławiu – opowiada Maciej Bujko. Młody, pomysłowy i otwarty kolektyw organizatorów TIFF-u ma zaplanowane kolejne edycje aż do 2016 roku, kiedy Wrocław piastować będzie tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. – W przyszłym roku tematem będzie street photography, natomiast w naszym wydaniu nie będzie to klasyczne podejście do tematu, ponieważ chcemy bardziej wyjść do ludzi i chodzi nam o formułę polegającą na pokazywaniu zdjęć w przestrzeni publicznej. To jest trochę jak street art, dlatego street photography. Będziemy pokazywali wystawy na dzielnicach we Wrocławiu – na bilboardach, na banerach, na przystankach, w różnych miejscach publicznych. Przyszłoroczny festiwal nie będzie tematyczny, tylko ponownie formułowy – zdradził.

Trochę Inny Festiwal Fotografii rzeczywiście bardzo mocno idzie naprzód, a dolnośląski grunt nie jest bynajmniej do tego najlepszy. W ciągu roku Wrocław nie ma wiele wspólnego z fotografią artystyczną, brakuje instytucji, które zajmowałyby się tym na co dzień. Pierwsza edycja festiwalu została zorganizowana praktycznie wyłącznie za sprawą dużego wysiłku malutkiej organizacji – Fundacji Blik, którą Bujko założył wraz z kilkoma znajomymi. To także dzięki temu nieustającemu samozaparciu i przedsiębiorczości ranga tej imprezy urosła. - TIFF Collective to jest takie nieformalne zrzeszenie kilku organizacji wrocławskich, m.in. Ośrodka Postaw Twórczych, Wrocławskiej Szkoły Fotografii AFA, Shopiqu no i nas (Fundacji Blik – dop. red.), które polega na tym, że staramy się promować wrocławską fotografię poza granicami Wrocławia i w samym mieście. Wierzymy, że współpraca jest najlepszą opcją, dlatego nawet jeżeli różnimy się światopoglądowo, a różnimy się dosyć mocno, to jest to raczej zaletą niż wadą i nie musimy się zgadzać w pewnych kwestiach, ale powinniśmy współpracować. I to się udaję – nie chcemy żeby wiązały nas jakieś mocne ramy, chcemy bardzo szanować naszą autonomiczność – podkreśla Bujko. – Jeżeli ktoś chciałby z nami działać, coś z nami robić, to jasne, jesteśmy otwarci na pomysły. I to się zdarza – ludzie do nas przychodzą i mówią „kurczę, zrobilibyśmy taką wystawę”, no to jasne, możemy ją zrobić, natomiast wiadomo, że to nie jest takie proste. Musimy znaleźć na to środki, musimy znaleźć ludzi, i tak dalej, ale każda chęć współpracy jest super i jeżeli ktoś by chciał, to warto do nas uderzyć i możemy coś razem zrobić – podsumowuje.

Oby tak dalej. 

----

[1] Burtynsky Edward, Manufactured Landscapes. The Photographs of Edward Burtynsky. National Gallery of Canada, Ottawa, 2003.

Źródła obrazów:

*[a] http://www.tiffcollective.pl/site_media/upload/tiff_festival_2013/tiff-festival_baner.jpg

19 kwietnia 2011

Trochę Inny Festiwal Fotografii we Wrocławiu

*


Trochę inny Festiwal Fotografii powstał z myślą o dynamicznym rozwoju kultury wrocławskiej, w obszarze której wciąż bardzo mało miejsca poświęca się fotografii. Stawiamy sobie za cel wypełnienie tej luki – można przeczytać na stronie współorganizatora Festiwalu: Fundacji Blik. Stolica Śląska doczekała się stricte fotograficznego festiwalu, którego zapowiedź musiała wzbudzić niemałe zaskoczenie wśród wrocławian, którzy dotychczas cierpieli tylko ze względu na chroniczny brak wydarzeń w obszarze dobrej fotografii. Jak sama nazwa wskazuje, TIFF niewiele ma wspólnego z festiwalami, do których Polacy zdążyli się już przyzwyczaić – krakowskim, łódzkim czy gdańskim, ale nie zmienia to faktu, że jest to genialne posunięcie ze strony organizatorów, świadomych najwyraźniej ogromnego głodu fotografii we Wrocławiu. Mówienie bowiem o luce na kulturalnej scenie Wrocławia to eufemizm, gdyż Trochę Inny Festiwal Fotografii wpisze się doskonale nie w lukę, a w potężną wyrwę na wrocławskiej scenie fotograficznej i nie wypełni jej nawet w połowie.

Idea TIFF opiera się na zbliżeniu do fotografii polskiej i niemieckiej poprzez cykl spotkań z fotografami z obu państw. Dla Wrocławia kontakty z zachodnim sąsiadem są czymś naturalnym, zarówno ze względu na historię miasta, jak i po prostu geograficzną bliskość. Współorganizator Festiwalu – Towarzystwo im. Edyty Stein jako jeden z głównych celów wyznacza sobie wspieranie współpracy polsko-niemieckiej, a w przypadku tego projektu celem ma być zaprezentowanie polskiego i niemieckiego spojrzenia na fotografię. Spotkania z wybranymi autorami mają mieć charakter edukacyjny - zaproszeni będą opowiadać o swoich doświadczeniach z fotografią w połączeniu z autorskim pokazem slajdów. Wybrani artyści otworzą też wystawy swoich prac, a więc będzie zapewne okazja bezpośrednio zapytać o coś samego fotografa.

Organizatorzy zapewniają, że zależy im na zaprezentowaniu sztuki na najwyższym poziomie.
Żyjemy w czasach, gdzie za artystę może uważać się każdy, a jakakolwiek działalność twórcza pretenduje do miana sztuki. W natłoku propozycji i informacji łatwo stracić z oczu prawdziwe autorytety, dlatego dążymy do tego, by podczas TIFF prezentować sztukę, która wyznacza kierunki, kształtuje gusta i zwiększa świadomość dotyczącą fotografii i jej odbioru – przeczytamy na stronie Fundacji Blik. Założenie by prezentować fotografię z najwyższej półki jest szczytne i ambitne, ale ryzykowne. Obecnie grunt polskiej fotografii jest bardzo grząski. Wśród najpopularniejszych dziś polskich fotografów mało który reprezentuje rzeczywiście sztukę nadążającą za najwyższym poziomem światowym.

Inauguracja Festiwalu miała miejsce 26 marca, kiedy to gościem był Wojciech Wieteska i na pewno zaproszenie właśnie jego było jednym z najlepszych posunięć, jakiego organizatorzy mogli dokonać . Wieteska jest nie tylko jednym z najpopularniejszych polskich fotografów, co dziś nie świadczy jeszcze o wysokich umiejętnościach, ale ma również wypracowaną własną filozofię fotografii i spojrzenie na sztukę. Te reportaże, które oglądam dzisiaj w magazynach to jest zaledwie materiał ilustracyjny. Pod pierwszą warstwą tego materiału nie odnajduję nic więcej. (.. ) Ja staram się, by moje zdjęcia miały kilka warstw znaczeniowych – powiedział ponad dziesięć lat temu w wywiadzie Adama Mazura po publikacji swojego projektu Far West. Od tamtego czasu spłycenie fotografii postąpiło i rozpowszechniło się do tego stopnia, że jest jednym z głównych problemów współczesnej fotografii.

Efekty przemian można dostrzec nawet u samego zainteresowanego. Paradoksalnie, im starszy projekt Wieteski, tym lepszy. Ostatnie prace fotografa zawarte w serii Flights 91_08 sprawiają wrażenie chaotycznego, mało przemyślanego zbioru wielu przypadkowych fotografii, zwłaszcza w porównaniu do wspomnianego projektu Far West. Nie zmienia to jednak faktu, że Wieteska ma na swoim koncie wiele fotografii wartych uwagi i docenienia, a ponadto jest artystą świadomym. Potrafi wiarygodnie opowiadać o swoich fotografiach i o fotografii w ogóle, co dziś jest raczej w polskim światku rzadkością. Ostatecznie rozstrzygając – Wieteska doskonale wpisuje się w postawione sobie przez organizatorów – trudne niezwykle do spełnienia - kryteria co do prezentowanej sztuki i zapraszanych gości.

Frekwencja na inauguracyjnym spotkaniu być może przerosła nawet oczekiwania organizatorów. W Domu Edyty Stein przy ulicy Nowowiejskiej zapełniła się całkiem duża sala, by posłuchać, co do powiedzenia i pokazania ma jeden z czołowych polskich fotografów. Temu nie można się dziwić – głód dobrej fotografii we Wrocławiu, choć nie da się go zmierzyć, jest prawdopodobnie ogromny. Absencja wystaw dobrych projektów współczesnej polskiej fotografii buduje bardzo negatywny obraz Wrocławia w kontekście działalności na scenie fotograficznej. W ostatnie lato szumnie zapowiadano wystawę Helmuta Newtona w Muzeum Miejskim, która byłaby wydarzeniem skali krajowej, a ostatecznie się nie odbyła z przyczyn nieznanych opinii publicznej. Obraz stolicy Śląska, jako miejsca, gdzie fotografia zepchana jest na daleki plan wówczas jeszcze się pogorszył, a przez ostatnie kilka miesięcy nie udało się zorganizować ani jednej istotnej wystawy. Wrocław, póki co, nadal pozostaje w tyle chociażby za dużo mniejszymi Katowicami, które stanowią poważną konkurencję szczególnie teraz, gdy te dwa śląskie miasta uważane są (poza Warszawą) za najpoważniejszych kandydatów do otrzymania tytułu Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku. TIFF nie zmieni diametralnie trudnej sytuacji dla wrocławskich amatorów fotografii, ale jest to ważny krok w dobrym kierunku i dobry prognostyk, biorąc pod uwagę, że nawet stolica przeżyła parę tygodni temu zamach na swoją reputację ośrodka krajowej sceny fotograficznej, gdy bez zapowiedzi wyniosła się do Budapesztu najlepsza w Polsce Yours Gallery.

W pierwszym etapie Trochę Innego Festiwalu organizatorzy podali daty i nazwiska spotkań z czterema fotografami. Poza Wieteską, który zainaugurował Festiwal, gośćmi będą Götz Diergarten, Grzegorz Przyborek oraz Andréas Lang. Najciekawiej zapowiada się spotkanie z najmłodszym z całej stawki Diergartenem, który z całej trójki artystów przyjedzie do Wrocławia najwcześniej, bo już 28 kwietnia. Niemiec, poza zaprezentowaniem pokazu slajdów, otworzy wystawę swojego projektu METROpolis realizowanego od 2006 roku do dziś.
Diergarten fotografuje głównie architekturę, tworząc pedantycznie minimalistyczne kadry, które często obrazują powtarzalność lub symetrię kształtów, przywołując skojarzenia z geometrii. Projekt METROpolis to zdjęcia z korytarzy metra w różnych wielkich ośrodkach miejskich, jak Berlin, Rzym, Wiedeń czy Warszawa. To jednak tylko kilka z wielu stolic państw europejskich, które artysta zwiedził fotografując architekturę tunelów, przez które codziennie przetaczają się tysiące osób.

Biorąc pod uwagę, że w polskiej fotografii, a przynajmniej jego głównym nurcie, tendencje minimalistyczne i pedantyczna stylistyka są czymś niespotkanym, trudno przewidzieć, jak prace i filozofia niemieckiego artysty zostaną przyjęte. Na pewno fotograf zza Odry wywoła u niektórych zaskoczenie i wniesie nowe pomysły na naszą rodzimą scenę, ale pytaniem pozostaje, czy zostaną zaakceptowane. Zdjęcia Diergartena mogą być odebrane jako trudne i niezrozumiałe, gdyż w rzeczy samej nie jest to fotografia łatwa – wręcz przeciwnie. Wymaga od odbiorcy przystanięcia na dłużej przed odbitką i samodzielnego poskładania sobie serii w całość. Wrocławską publiczność czeka zatem do przejścia test, którego wynik będzie można potraktować jako próbkę fotograficznej dojrzałości. Znawcy fotografii zaś, zacierają już zapewne ręce na przyjazd artysty z naprawdę wysokiej – jak na polską skalę – artysty europejskiego.

Program spotkań w ramach Trochę Innego Festiwalu Fotografii:
26.03.2011, godzina 18:00, Wojciech Wieteska
(autorski pokaz slajdów)

28.04.2011, godzina 18:00, Götz Diergarten
(wernisaż wystawy METROpolis oraz autorski pokaz slajdów)

27.05.2011, godzina 18:00, Grzegorz Przyborek
(wernisaż wystawy oraz autorski pokaz slajdów)

17.06.2011, godzina 18:00, Andréas Lang
(autorski pokaz slajdów)

Wszystkie spotkania odbywają się w Domu Edyty Stein we Wrocławiu, przy ulicy Nowowiejskiej 38.
Wstęp bezpłatny.

* źródło obrazka: www.kicken-gallery.com/diergarten.html
----